Trochę chyba po dyskusji, ale i ja sie włączę.
Rzeczywiście nie można porównywać motywacji imożliwości do poznania świata zewnętrznego przez Polaka i Chińczyka. Pojechanie do sąsiedniej prowincji, to często jak u nas pojechanie do innego kraju Europy.
Z moich rozmów z młodymi Chińczykami (głównie studenci, ale nie tylko, ostatnio w Changsha ) - wyniosłam mocne wrażenie, że czują, że świat zewętrzny, zagranica, jest dla nich nieosiągalny i to często była wiedza frustrująca. Chcieliby sami zobaczyć, ale często nigdy nie wyjechali poza granice prowincji - jest to nie tylko problem pieniędzy i tego, że harują bez kilku dni przerwy, żeby do czegos dojść, ale też przekonania, że nie mają odpowiedniego doświadczenia, aby poradzić sobie na zewnątrz, że jest to trudne i nieosiągalne - bo nikt z rodziny, znajomych tak nie robił, bo to niemozliwe. Innymi słowy - nie ma motywacji do osiągania wiedzy ani "ścieżek dostępu". Niezaleznie od tego, kultura podróży jako formy poznania i to wszystko co jest z nia związane (śledzenie np. progamów geograficznych etc.) rodzi się powoli (patrz Europa z jej tradycjami podróży romatycznej, czy nawet Japonia okesu Meiji, gdzie podróż wysłannika była podróżą po wiedzę).
Dlatego też angielskiego uczą się, aby sprostac na rynku krajowym (stąd może uczony jest on w tak szokujący dla nas sposób), a nie, żeby podbijac świat.
Sprawa telewizji to jeszcze co innego. W Chinach, jak i wszędzie indziej powody, dla których ogląda się np. serial, to chęć dzielenia doświadczenia z bohaterami, lub tez aspiracyjna chęć wyobrażenia sobie siebie w nieco lepszym, piękniejszym świecie (ale takim, który jest jak nasz, tylko troche lepszy, a nie zupełnie odrębny - stąd np. rekordowa popularnośc bloga 徐静雷). Dlatego tez, np. na Tajwanie (a to przeciez społeczeństwo "otwarte") słynny w latach 90-tych serial Beverly Hills cośtam-coś tam poniósł klapę - identyfikowany jako wulgarny i mało subtelny, daleki od zycia i geograficznie i psychologicznie. Dzis na Tajwanie króluja seriale japońskie i koreańskie, a w ChRL mega-popularna jest koreańszczyzna. Nie tylko z powodów, o których pisał Szopen (podobieństwo fizyczne), ale także własnie dlatego, że prezentuje to, co dla przecietnego Chińczyka jest ważne i bliskie (związki, rodzina), ale i trochę aspiracyjne (a z j a t y c k i e wielkie miasta, świat ludzi sukcesu).
Ostatnio, gdy bylam w Guangxi, moi mili gospodarze (50-60 lat oraz ich rodzice) oglądali masowo seriale o czasach Długiego Marszu i poczatkach republiki - i to jest chyba zrozumiałe w kontekście najnowszych losów Chin - dlaczego w pierwszej kolejności chcą sobie poradzić z własną przeszłością, dlaczego dążą sentymentem czasy "młodości i wielkości", niż śledzić coś "obcego". Co ciekawe, takie użycie nastawione na "poznanie siebie" przeniosło sie także na internet, który jest w tej chwili siecią stricte wewnątrznarodową wraz ze swoimi wielkimi odrębnościami, za które cenzura odpowiada chyba akurat w najmniejszym stopniu.