Niestety, chińskie przepisy są w tej sprawie dość ogólnikowe. Oczywiście, niepoczytalność wyklucza odpowiedzialność karną, ale już przepisy regulujące powołanie biegłych (przynajmniej te, które mnie się udało znaleźć) nie dają jasnej odpowiedzi na pytanie, jakie są przesłanki zasięgnięcia przez sąd opinii biegłych psychiatrów.
Na podstawie litery prawa można zapewne obronić pogląd Najwyższego Sądu Ludowego, który zatwierdzając wyrok (wszystkie wyroki śmierci wymagają z mocy prawa zatwierdzenia przez NSL) stwierdził, że nie było podstaw (prawnych) do przeprowadzenia badań przez biegłych psychiatrów, w związku z czym wyrok wydano w zgodzie z obowiązującym w Chinach prawem. Co do samego czynu nie ma raczej wątpliwości - wątpliwości budzi jedynie poczytalność skazanego.
Z dostępnych w zachodnich mediach informacji dość jasno wynika, że były co najmniej poważne wątpliwości co do poczytalności skazanego. Niestety, nie da się stwierdzić, czy cokolwiek z tych informacji dotarło do orzekającego w sprawie sądu (i czy miało szansę dotrzeć). Wydaje się jednak wysoce nieprawdopodobne, żeby na etapie zatwierdzania przez NSL tego wyroku nie były znane okoliczności nakazujące poważnie wątpić w poczytalność skazanego...
Nie wolno nam wykluczać i takiej opcji, że człowiek ten był psychicznie zdrowy (chociaż, przyznaję, wydaje się to mało prawdopodobne). Jednak w takiej sytuacji jednoznaczna opinia psychiatrów byłaby silnym argumentem przeciwko krytyce z Zachodu.
Problem sprowadza się do tego, że psychiatrom szansy nie dano.
Z politycznego punktu widzenia skazany był, jak sądzę do uratowania, ale publiczne apele tuż przed egzekucją zapędziły Chińczyków w kozi róg - gdyby ustąpili, straciliby twarz. Jak premier Brown zaczął ostro domagać się oszczędzenia swojego obywatela, było dla mnie oczywiste, że człowiek ten już nie żyje... Czy na Downing Street nie mają nikogo, kto rozumie tak podstawowe rzeczy?