Agencja Xinhua (新华)
poinformowała ostatnio, że z końcem czerwca liczba internautów w Chinach osiągnęła 253 miliony, co daje ponad
56 procent więcej w porównaniu z analogicznym momentem roku 2007. Ponadto spośród tych 253 milionów aż 214 (czyli ponad 80 procent) to użytkownicy korzystający z szerokopasmowego dostępu do internetu (ach, jakże Polsce relatywnie daleko...).
W dodatku ogólna liczba chińskich internautów znacznie przewyższyła już tę amerykańskich (217 milionów w czerwcu).
No dobrze. Z jednej strony to bardzo dobrze, że internet w Chinach rozwija się tak szybko, że coraz więcej ludzi, i to w tak szybkim tempie, ma możliwość zorganizowania sobie dostępu do sieci, że w ogóle nie jest to już dobro w jakimkolwiek stopniu luksusowe, etc. etc.
Ale z drugiej? Cenzura i kontrola internetu w Chinach nie jest mitem. Spędziłem tam rok i doskonale odczułem ją na własnej skórze. Do wielu, bardzo często najważniejszych, treści Chińczykom wciąż odmawia się dostępu, równie często z powodów tak irracjonalnych jak zwyczajnie głupich.
Ja naturalnie przygotowałem się odpowiednio przed wyjazdem i dowiedziałem się, jak zabezpieczenia omijać. Wbrew pozorom nie jest to wcale trudne, ba!, wręcz dziecinnie proste, więc mogłem sobie surfować do woli po czym mi się tylko spodobało, jednak któż tam ma o tym wiedzieć? Skąd nawet mają wiedzieć, do czego blokuje im się dostęp, kiedy największe światowe korporacje informatyczne zgodnym chórkiem przyklaskują rządowi w jego cenzorskich poczynaniach?!
Zastanawia mnie po prostu, jak mogło dojść do tego, że w kraju już nie tylko o największej liczbie ludności, ale także o najliczniejszej społeczności internetowej, społeczności nowej generacji, społeczności związanej z czymś, co jest jednym z największych osiągnięć naszych czasów i jednym z ich znaków, no więc jak mogło tam dojść do tego, że obowiązuje zwyczajna
cenzura i jedno wielkie internetowe kłamstwo? I dlaczego nic się prawie nie zmienia, ba!, posuwa się dalej i dalej?