Właśnie w TVP Info cytowali jakiś jutrzejszy artykuł z Trybuny (a fe!) o nadchodzącej zmianie w polityce wobec Chin zapowiedzianej w Szanghaju przez 图斯克a. Nie ma tego jeszcze w sieci.
Jakoś nie bardzo chce mi się wierzyć w takie opowiastki. Skoro Tusk miał o stosunkach polsko-chińskich do powiedzenia tyle, że "oparte są na wzajemnym zaufaniu", bo nasze tradycyjnie zaprzyjaźnione narody nie stoczyły ze sobą nigdy wojny, to obawiam się, że nic nowego się tu nie zdarzy...
Obawiam się, że trzeba brać pod uwagę wpływ polskich mediów. W dyskusjach toczonych na łamach polskiej prasy trudno o rozsądek w kwestii naszej polityki wobec Chin, co było jaskrawo widoczne przy okazji Olimpiady (i okresu ją poprzedzającego), której relacjonowanie było festiwalem ignorancji z elementami histerii (zwłaszcza przy okazji tzw. "bojkotowania" Olimpiady przez Tuska właśnie). Polskie media nie rozumieją, że Chiny to nie jest złośliwa narośl wokół Tybetu i że pisząc czy dyskutując o Chinach można poruszyć dziesiątki innych tematów i nie trzeba za każdym razem klepać o Dalajlamie.
Tusk jest politykiem dość mocno wyczulonym na kwestie wizerunkowe. W ostatnich latach całe nasze życie polityczne opierało się zresztą w dużym stopniu na kreowaniu wizerunku, a nie polityki. Prawdziwy mąż stanu byłby oczywiście gotów podjąć ryzyko pójścia pod prąd głównego nurtu mediów i przekonywać, że jego wizja jest słuszna, bo służy interesom państwa. Problem w tym, że poczciwy Donald żadnym mężem stanu nie jest i nigdy nie będzie, więc nie zaryzykuje próby zmiany kierunku dyskutowania o Chinach.
Oczywiście będziemy obserwować wydarzenia z nadzieją, że coś się ruszy i powstanie np. zapowiedziany jeszcze przez śp. ministra Mellera Instytut Polski w Chinach, poważna Polsko-Chińska Izba Przemysłowo-Handlowa, zaleją Chiny delegacje z Polski... Moim zdaniem skończy się jednak na utrzymaniu status quo, czyli nadal niczym.