Ja właśnie czytam. I mi też się świetnie czyta (poza tym jest co czytać, książka wielgaśna). Chyba nigdy jeszcze nie czytałam powieści, w której by tak świetnie, głęboko pokazano skomplikowane współzależności pomiędzy środowiskiem a człowiekiem. I poza tym podoba mi się, że autor potrafi tak opisać np. obserwację przez bohaterów świstaków na stepie, że człowiek ma wrażenie, że czyta właśnie jakiś opis wartkiej akcji. Nie mówiąc, że potrafi tak opisać zagładę stada koni przez wilki, że czytelnikow serce wykręca się na drugą stronę i choć wie, że to tylko powieść, to powtarza: "Boże, niech uda się uratować chociaż kilka!".
Z europejskiego punktu widzenia książka mogłaby się stać Biblią ekologów. Gdyby nie to, że ci, których dyskurs ekologiczny interesuje, najczęściej także są najgorętszymi przeciwnikami mówienia o ludziach w kategoriach ras. Te wszystkie: "Temperament nie tylko determinuje los człowieka, ale i los całej rasy" i te niezliczone: "Wy Mongołowie jesteście jak wilki, my Chińczycy Han jak owce" i w ogóle mówienie o rasach, cywilizacjach czy tam kulturach w kategoriach esencjonalistycznych, faktycznie w kontekście zachodnim może wydawać się niebezpieczne, źle kojarzące, przestarzałe etc. Mnie jakoś już nie dziwi, bo takie esencjonalistyczne, generalizujące wypowiedzi (o 西方 i 东方, religiach etc.) można w Chinach śmiało i usłyszeć z katedry uniwersyteckiej.