Cóż, nie powiedziałabym tak radykalnie, że gdziekolwiek następuje utrata głębokiego rozumienia sensu własnych wartości. Może głównie dlatego, że samo „głębokie rozumienie sensu własnych wartości” jest niedefiniowalne. Ale i też dlatego, że samo pojęcie „własnych wartości” jest trudno definiowalne (no bo co? To jest coś, co wyznaje większość? Czy to co wyznaje mniejszość, ale mająca władzę – także symboliczną? W jakim przedziale czasu?). Można oczywiście próbować tego typu konstrukty operacjonalizować – np. „głębokie rozumienie” to znajomość genealogii i mechanizmów oddziaływań w danej sferze.
Jeśli nawet głębokie rozumienie miałoby na tym polegać, to nie wiem, czy, jeśli chodzi o Europę, można mówić o czymś takim. W przeważających ilościowo warstwach społeczeństw Europy raczej nigdy takiego rozumienia – nawet jeślibyśmy już ustalili jakieś dominujące (jakkolwiek nie definiować takiej dominacji) w dłuższych przedziałach czasowych na danym obszarze wartości, nie było. A poza tym samo takie operacjonalizowanie zawsze będzie dyskusyjne, bo – jak wiadomo - znajomość genealogii nie jest równoważne rozumieniu etapów obecnych. Ba! Często prowadzi na manowce – tak jak w licznych przypadkach ”badań”, w których mówi się np. o okcydentalizacji Japonii a później Chin, w oparciu głównie o to, że pewne artefakty, które tam dziś występują, genealogicznie wywodzą się z Europy. Dla niektórych „genealogia” stanowi dowód, że dane artefakty nie są, i co gorsza, nie będą, dajmy na to chińskie czy japońskie. Można dojść przy tym wręcz do niezłych absurdów, jakimi dla mnie są chociażby twórczość Huntingtona czy tak popularnego B. Barbera, który pisze rzeczy w rodzaju
„Historycznie ujmując, samochód ma w sobie coś rdzennie amerykańskiego. Internacjonalizacja kultury samochodu […], a także upowszechnienie jego produkcji, oznacza globalizację Ameryki bez względu na to, kto samochody wytwarza. Chińczycy postawili niedawno a przemysł motoryzacyjny. […]Decyzja ta w o wiele większym stopniu niż inne podjęte przez nich decyzje może doprowadzić do amerykanizacji, której się tak obawiają” (Dżihad kontra McSwiat).
Jak dla mnie – takie łechtanie własnej próżności i rozpaczliwa próba zdefiniowania kulturowego „siebie” na nowo przy nieuświadomionych założeniach a priori.
Nieodrodną stroną takich operacji jest- jak zauważa Said – wypreparowanie obrazu Innego, który jest naszym (tzn autora, no bo kogo?) binarnym przeciwieństwem. I po trochu tak się biorą „cywilizacje” w dyskursach „naukowych” i politycznych, a za nimi obawy „zderzeń cywilizacji” czy „śmierci cywilizacji”.
Moja obawa jest taka, że mówienie o „cywilizacjach” i „kulturach” to raczej operowanie typami idealnymi, które, wbrew pozorom, nie musi ułatwiać poznania, ale za to, poprzez esencjonalizowanie i przyjmowanie nieuswiadomionych
a priori, utrudniać rozumienie tego, co ważne – procesu ciągłej zmiany. Takie podejście – znowu za Saidem – raczej służy wytwarzaniu obrazów samego siebie, na własny użytek. I dla mnie to jest zagrożeniem, jeśli chodzi o tzw. „naukę”, bo chyba nikt poważny nie napisze już dziś, że Konfucjusz, Budda czy cokolwiek czy ktokolwiek to taki chiński Jezus, Martin Luter King czy kto tam jeszcze (choć fakt, oczywiście jeszcze nie dawno trafiały się wcale wpływowe prądy myślenia, że „konfucjanizm to protestantyzm Wschodu” – ale chyba krytyka tegoż nurtu na trwałe zapisała się jako ostrzeżenie w tzw. naukach społecznych). Pierwsze pytanie jest więc chyba takie – czemu myślimy (a za tym – działamy) dialektycznie? A nie – kto pierwszy zginie?
Na Yesu, Buddę i Mencjusza, ależem sie rozpisała

nie może być