Od kąd pojawiłam się w Qingdao, codziennie zastanawiało mnie "co tak śmierrrrrdzi na ulicach?!". (głównie wieczorami; kiedy wychodzę rano do pracy, wszystko jest w porządku). Na początku byłam pewna, że chińscy sprzedawcy wylewają na chodniki różnego rodzaju mięsne odpadki itp. (co z resztą też nie raz widziałam) i może od przez to pojawia się ten straszny odór.
Któregoś dnia wybrałam się po pracy na targ nocny ze znajomą Chinką. Idąc główną ulicą (tuż przed targowiskiem, gdzie zaczynają się stoiska z jedzeniem) znów poczułam ten sam smród. Pytam ją, czy wie co tak okropnie śmierdzi? Mówi, że nie. Rozmawiając szłyśmy dalej więc wszystko przeszło. Po jakimś czasie znów to poczułam. Zatrzymałam ją w najbardziej śmierdzącym miejscu (to się nazywa poświęcenie dla sprawy!

), stanęłyśmy i pytam, czy teraz czuje? Ona na to, że tak to... (tutaj jakaś niezrozumiała dla mnie nazwa). Spytana, co to jest, opowiedziała, że to pewien rodzaj jedzenia, ale nigdzie tego w tym momencie nie widzi.
Nie mam pojęcia, czy to właśnie wspomniane przez Was tofu, czy może kolejny chiński "przysmak", ale jak tylko dochodzi do mnie ten... (że tak powiem) "zapach", od razu robi mi się niedobrze.
Musiałabym się założyć z kimś o poważną sumę, żeby wziąć coś takiego do ust

[chyba że rzeczywiście, u samego źródła nie jest tak źle]