Poczułem się po przeczytaniu pierwszego postu wywołany do tablicy, więc spieszę z wyjaśnieniem paru kwestii.
Po pierwsze - stopnie naukowe i wykształcenie mają w rzeczywistości niewiele wspólnego z rzeczywistymi kwalifikacjami i umiejętnościami. Sinologia nie kształci dobrych, a często nawet przyzwoitych tłumaczy. Zetknąłem się już parokrotnie z tłumaczeniami chn<->pl tak spartaczonymi, że zwątpiłem w sens istnienia takiego kierunku, jak sinologia ;-) Sinologia daje jedynie podstawy do poznania j. chińskiego, ale bez ciężkiej, samodzielnej pracy w trakcie i po studiach, absolwent tego kierunku nigdy nie osiągnie biegłości językowej. Tak samo jest w przypadku każdej innej filologii czy kulturoznawstwa. Mi niejednokrotnie otwiera się nóż w kieszeni, kiedy słyszę/czytam parszywie przetłumaczone listy dialogowe w filmach (akurat w tym wypadku widać to jak na dłoni, inaczej jest z książkami, kiedy trzeba sięgnąć po oryginał). Z magistrów anglistyki równie często jak z absolwentów sinologii wychodzi nieznajomość idiomów, niuansów i języka potocznego.
Po drugie - to, co tłumacz wpisze sobie w CV zależy tylko i wyłącznie od jego przyzwoitości, pewnej dozy pokory i profesjonalizmu. Sam reklamuję się z tłumaczeniami chn<->en tylko dlatego, że uważam swoją znajomość angielskiego za świetną. Oczywiście, podpieram to w CV/internecie certyfikatem CPE, maturą międzynarodową IB, ale w życiu nie odważyłbym się podjąć tłumaczenia tej pary językowej, gdybym w angielskim nie czuł się pewnie. Na marginesie - jestem nagminnie brany za Kanadyjczyka, kiedy mówię po angielsku, raz nawet pewna Kanadyjka zapytała czy jestem z Toronto, a że miasto do znam dość dobrze, bez wahania skłamałem, że spod Toronto, z Mississaugi. Poległem dopiero przy rozmowie o odleglejszych peryferiach miasta, w których nie orientowałem się już tak dobrze ;-) Podsumowując - konstruowanie oferty tłumaczeniowej jest zawsze kwestią indywidualną. Nikt przyzwoity nie zaoferuje usług w językach, które zna w stopniu niezadowalającym. Inna sprawa, że nie wszyscy tłumacze są przyzwoici, ale nie dotyczy to tylko sinologów ;-) Sam nigdy nie odważyłbym się proponować tłumaczeń z/na koreański, choć kurs odbyłem i certyfikat mam.
Po trzecie - jak ktoś już zauważył - tłumaczenia chn<->en są kwestią marginalną. Choć tłumaczę już od jakiegoś czasu, nigdy nie zdarzyło mi się takie zlecenie. Podejrzewam, że większość sinologów, którzy decydują się na umieszczenie w ofercie drugiej pary językowej, robi to tak "na wszelki wypadek". Prawda jest taka, że w Anglii/USA, Niemczech, czy Francji jest dużo więcej sinologów niż u nas, a co za tym idzie konkurencja większa i ceny bardziej wyśrubowane. Poza tym każdy zleceniodawca woli native'a. W środowisku sinologów naszą zaletą nie jest znajomość chińskiego, ale właśnie polskiego, ponieważ ta para jest dużo rzadziej spotykana, a co za tym idzie, o wiele bardziej dochodowa.