Z tym stwierdzeniem, jako zdecydowanie zbyt optymistycznym i odbiegającym od moich obserwacji, zgodzić się nie mogę. U jego podstaw leży bowiem (jak mniemam) założenie, że międzynarodowe korporacje działają racjonalnie. Niestety, jest to założenie błędne.
Odwazne stwierdzenie. Czy moglbym sie zapytac o podstawy czy obserwacje na ktorych jest oparte?
Ja mam zdecydowanie inna opinie.
Sądzę, że jest to skutek ich rozmiarów, które skutkują koniecznością wprowadzania systemów zarządzania pozwalających jakoś wszystko ogranąć, ale kosztem racjonalności właśnie.
Przykład nr 1 (autentyk, z moich obserwacji wynika, że dość typowy):
Duża i znana amerykańska korporacja (mniejsza o nazwę) wysyła pracownika z miasta A do B. Oba położone są w tym samym kraju azjatyckim, dzieli je w linii prostej ok. 300 km, bezpośredni lot trwa mniej więcej pół godziny. W korporacji obowiązuje jednak zasada, według której podróżować można w tym regionie wyłącznie liniami lotniczymi X, które bezpośrednio między A i B nie latają. Trzeba się przesiadać w C, do którego z A i B jest mniej więcej tyle samo: prawie 1,5 tys. km. Pracownik musi więc spędzić w podróży 9 godzin (wliczając w to czekanie na przesiadkę), a bilet jest klikanaście razy droższy niż w opcji bezpośredniej, bo korporacja zadekretowała również, że na wszystkie podróże trwające ponad 8 godzin rezerwuje się bilety w klasie biznes. Cena biletu jest wyższa niż suma, którą rzeczona korporacja wypłaca pracownikowi z przykładu w ramach wynagrodzenia. Racjonalne rozwiązanie?
Przykład nr 2 (równie autentyczny):
Inna korporacja zamawia szkolenie międzykulturowe (tzw. cross-cultural training) dla pracowników niedawno przysłanych do Chin, które prowadzi piszący te słowa. Na szkolenie przychodzą: facet z Zachodu (sztuk 1), Hindus, dwóch Koreańczyków i Japonka. Od początku było jasne, że szkolenie poprowadzi osoba z Zachodu, która - co naturalne - jest w stanie rzecz prezentować jedynie z tej perspektywy. W przypadku Koreańczyków i Japończyków jest to poniekąd (uwzględniając wszelkie różnice kulturowe w ramach cywilizacji wschodnioazjatyckiej) wożenie drewna do lasu. Oczywiście Koreańczycy i Japonka nie napiszą w ankiecie ewaluacyjnej krytycznego słowa, bo z przyczyn kulturowych nie mają w zwyczaju podważania autorytetu "nauczyciela". Czy to jest racjonalne wydawanie pieniędzy na szkolenia?
Chiny zaliczane sa do hardship postings z kilku istotnych powodow:
- rozwijajacy sie kraj "trzeciego swiata",
Niewielu cudzoziemców trafia przecież na odległą prowincję (to, zgoda, jest "hardship posting"). Ja mam na myśli głównie osoby pracujące w dużych miastach, bo to oni stanowią gros populacji tzw. ekspatów.
- zdecydowana wiekszosc populacji nie zna angielskiego,
Podobnie jak w większości krajów, w których nie jest on językiem ojczystym tej populacji.
- dzieci maja bardzo ograniczone mozliwosci kontynuacji nauki w panstwowym systemie szkolnym,
Dlatego korporacje płacą za szkoły międzynarodowe, których jest od groma.
- praktycznie zerowa mozliwosc znalezienia pracy (i uzyskania dochodow) dla malzonka/malzonki,
Tu zgoda, chociaż mam wątpliwości, czy inaczej jest w przypadku np. Amerykanów pracujących w Niemczech czy Hiszpanów pracujących w Polsce. Nie zauważam też szczególnych chęci w tym kierunku w większości znanych mi osobiście przypadków.
- nikle szanse na wize dla partnera/partnerki (przez wszelakie plcie i zwiazkow typy odmieniajac),
Nie wiem, jak ta sprawa wygląda poza sytuacją wewnątrz Unii Europejskiej (gdzie nie ma takiej potrzeby), ale obawiam się, że konieczność istnienia formalnej relacji w przypadku ubiegania się o wizę na podstawie wizy pracowniczej innej osoby nie jest szczególną cechą chińskiego prawa imigracyjnego.
- inna kultura (tu dodac moge, ze i Japonia i Korea Pld tez sie do tego samego typu postings zaliczaja),
...której nieznajomość czy niezrozumienie wydatnie (moim zdaniem) obniża skuteczność działania takiego pracownika, więc albo się czegoś o niej dowie i się na nią otworzy (bo ma takie intelektualne i psychologiczne predyspozycje), albo jego/jej skierowanie do takiego kraju ma wątpliwy sens.
- ograniczony dostep do szeroko pojetych dobr codziennego uzytku,
Np. jakich?
Sumy zarabiane przez expatow w Chinach.
Z perspektywy down under i z szeroko pojetej mojej dzialki.
Inzynier z dziesiecioletnim doswiadczeniem, dobry w te klocki pracujac w miescie zarobi 120k+ lokalnych dolarow brutto.
Wielu ma wybor pracowac w przemysle gorniczym/okologorniczym poza miastem w systemie 2tygodnie on/1 tydzien off i wtedy spokojnie zarobi 160k brutto. (to na tych wlasnie jest aktualny popyt w Chinach i Mongoli)
W tym samym czasie malznoka/malzonek moze pracowac, dzieci chodzic do normalnej szkoly itd.
Osobnikowi takiemu proponuja prace na kilka lat w Chinach.
Osobnik sobie liczy: zdzierskie podatki na wyspie kangorow pomijajac, do tylu bede o dochody malzonki, zwiekszone bede mial koszty utrzymania, szkoly, wynajme swoj dom ale bede musial placic podatki jako nie rezydent, samochodem nie pojezde, itd itp.
I po takiej pi razy oko kalkulacji wychodzi, ze oferta w granicach 180k netto, plus mieszkanie plus szkola dla dzieci plus samochod z kierowca to zupelne minimum. Ponizej tego sie nie oplaca.
I to wlasnie jest podstawa zarobkow expatriates w Chinach. Kalkulacje moze i zbyt australijskie ale podejrzewam , ze podobnie jest gdzie indziej.
Kalkulację z perspektywy pracownika rozumiem, ale problem polega na czym innym. Czy jest ekonomiczny sens wydawania takich sum (z perspektywy pracodawcy)? Inżynierowie to trochę szczególna działka - znają się na rzeczy i są w stanie zaprojektować funkcjonalne rozwiązanie techniczne czy zapewnić prawidłowe działanie linii produkcyjnej niezależnie od kulturowego otoczenia. Jak nie są, to kiepscy z nich inżynierowie i sprawa jest od razu dość oczywista.
Weźmy jednak takich menedżerów, speców od marketingu czy zasobów ludzkich. Jak można skutecznie negocjować i zarządzać nie rozumiejąc kompletnie reakcji rozmówców, ich wrażliwości, spojrzenia na zasadnicze sprawy itd.? Jak skutecznie sprzedawać, jeśli się nie ma pojęcia o swojej grupie docelowej, od tym, co i jak myśli, jak reaguje, jak się z nią komunikować? Jak zarządzać personelem, jeśli jego zachowania stanowią dla zarządzającego niezgłębioną tajemnicę? Pół biedy, jeśli się nad tym w ogóle zastanawia - znam wielu takich, którzy każdy problem objaśniają niezmiennie "głupotą Chińczyków".
Co z tego, że taki ktoś nie przyjedzie do Chin z mniej niż x dolarów rocznie (plus cały pakiet)? Może korzystniej dla interesów firmy, żeby został tam, gdzie jest?