Autor Wątek: Nieszczęsne tony...  (Przeczytany 2158 razy)

0 użytkowników i 2 Gości przegląda ten wątek.

Offline szopen

  • Sędzia
  • **
  • Dołączył: 25 Lip 2008
  • Wiadomości: 124
  • Skąd: Adelaide
Odp: Nieszczęsne tony...
« Odpowiedź #15 dnia: 28 Sie 2008, 00:57 »

Reality chceck II.

Chodzi właśnie o to, że większość sobie NIE poradzi. Przeciętny cudzoziemiec dobrze znający dany język ma lepsze predyspozycje do nauczania tego języka niż przeciętny rodzimy użytkownik. Dlaczego? Otóż cudzoziemiec z natury widzi ten język z takiej samej perspektywy jak uczeń, łatwiej mu zidentyfikować problemy ucznia, trudności i wyjaśnić dlaczego "tak się mówi" w sposób bardziej przejrzysty niż stwierdzenie "no bo tak się mówi".


Dalej sie mojej wersji bede trzymal, wiekszosc sobie poradzi, kwestia motywacji.

Sprawa w sumie prosta do udowodnienia.
Kto uczy najwieksza grupe uczacych sie chinskiego?


Rodzice chinskich dzieci.
Dzieci ucza sie jezyka niekoniecznie zaglebiajac sie w kwestie dlaczego, akceptujac fakt "no bo tak sie mowi" a efekty sa widoczne.

Ja nauczałem w swojej karierze dydaktycznej czterech różnych języków, w tym polskiego (który oczywiście jest moim językiem ojczystym). Nauczanie tego ostatniego było zdecydowanie najtrudniejsze i nie sądzę, żebym sobie z tym w ogóle poradził, gdyby nie dysponował doświadczeniem i wiedzą wyniesionymi z mojej wcześniejszej pracy jako nauczyciel języków.


A moze to dlatego, ze jakby nie patrzac jezyk polski jest niesamowicie skomplikowany, z bardzo rozbudowana gramatyka, mnostwem regol i wyjatkow?

Nauczanie to zawód i - jak każdy - wymaga specyficznych kwalifikacji, z których znajomość nauczanej materii jest oczywiście kluczowa, ale nie jedyna.


Poniewaz ja sie z rodziny nauczycielskiej wywodze to zdaje sobie sprawe, ze zawod ten wymaga nie tylko znajomosci tematu ale i kwalifikacji, plus pasji i naturalnego talentu.

W wiekszosci przypadkow.

W przypadku jezykow to moim zdaniem zycie jest najlepszym nauczycielem.
Zycie w sytuacji kiedy nauka jezyka jest zyciowa koniecznoscia.
No bo jak wytlumaczyc swietna znajomosc jezyka chinskiego ludzi, ktorych rzucilo na kilka lat gdzies w Chinach "daleko od szosy", bez codziennego kontaktu z innymi cudzoziemcami?

Pamietajac, ze internet tak dzisiaj oczywisty to jednak 15 lat temu nie istnial.
Naprawde nie.

Offline Yao laoshi

  • Mędrzec
  • ***
  • Dołączył: 24 Lip 2008
  • Wiadomości: 437
  • Skąd: Beijing
Odp: Nieszczęsne tony...
« Odpowiedź #16 dnia: 28 Sie 2008, 11:11 »
Masz dużo racji, ale musimy pamiętać, że mechanizmy akwizycji języka ojczystego przez dzieci są inne niż w przypadku dorosłych, dla których dany język jest obcym (a przecież o takim przypadku tutaj dyskutujemy).

Sytuacja, kiedy dorosły cudzoziemiec trafia do Chin i w ciągu iluś tam lat osiąga niezły poziom języka to też coś innego niż uczenie się w Polsce od pierwszego lepszego rodzimego użytkownika języka chińskiego. W tym pierwszym przypadku mamy do czynienia z tzw. imersją (zanurzeniem) w środowisko językowe, której w tym drugim wypadku nie ma - a zatem i tutaj mechanizm nie jest porównywalny...

Nie twierdzę, że Chińczyk bez należytego przygotowania glottodydaktycznego w żadnym wypadku nie nauczy cudzoziemca chińskiego - nie można wykluczyć wyjątkowego wrodzonego talentu u nauczyciela i ucznia. W większości wypadków taki model nauczania/uczenia się nie będzie skuteczny.
"Tut das Unnütze"

Günter Eich (1907-1972) - niemiecki poeta, z wykształcenia sinolog

 


SinoForum

Strona wygenerowana w 0.035 sekund z 18 zapytaniami.