Za japońską muzyką nie przepadam i jedynie kilka utworów naprawdę mi się podoba. Większość, tak jak napisałeś, to straszny kicz. Jrock mnie przeraża bo jeśli typowy japoński rockman ma różową perukę, kieckę od siostry i tipsy większe niż panie z solarium no to ja dziękuję za takiego wykonawcę. W dodatku oni w ogóle nie potrafią śpiewać ani grać! Zacharczą lub zapiszczą coś do mikrofonu i machną sobie dłonią po strunach tak by tipsów nie zniszczyć i już uważają, że robią dobrą muzę. Wiadomo, że są też zespoły dobre, ale większość to niestety ci żałośni przebierańcy.
Jeszcze gorzej prezentuje się jpop, bo tego typu „gwiazdeczkom” w większości chyba normalnego chłopa trzeba by przestały „śpiewać” i ubierać się jak 5-latki. Przeważnie te utworki to większe dno niż disco polo, a teksty prześcigają się w grafomanii. Choć trzeba też przyznać, że obecnie światowy pop to też kiła i mogiła.
Chyba najlepszy nurt japońskiej muzyki to muzyka z gier gdzie można wyhaczyć prawdziwe perełki, gdzie facet śpiewa jak facet (a nie sierota ze skurczonymi jądrami), a kobieta jak kobieta (a nie dziewoja z przedszkola).
Rynek muzyczny japoński to chyba 2 największy na świecie i wiadomo, że na taką ilość zespołów i utworów nie trudno natknąć się na syf totalny. Z tym, że w przypadku jmusic ciężko jest też natrafić na rzeczy dobre i tu jest problem bo wiele fanów m&a zaślepianych tymi wielkookimi postaciami z wodogłowiem, bierze za dobre wszystko co japońskie i sika pod siebie jak usłyszy byle gówno grane przez rockmanów z tipsami zamiast wyszukiwać czegoś lepszego.