Tibet Trip

Więcej
8 lata 11 miesiąc temu #458 przez szopen
Ogrzewanie w autobusie bylo raczej starej daty bo jak grzalo to na full, robilo sie za cieplo, kierowca grzanie wylaczal i robilo sie chlodnawo. Zaopatrzeni bylismy w te przepiekne chinskie zielone plaszcze "wojskowe" w jakich czasem jeszcze zdarza sie cieciow na parkingach spotkac (wtedy byly duzo bardziej popularne) wiec na poczatku az tak zimno nam nie bylo.
Po pewnym czasie nie bylo juz tak milo i trzeba bylo cos z tym zrobic. Spiwory z bagazu zostaly wyciagniete i reszta cieplych rzeczy.

I tak sobie w tym autobusie siedzialem w spiworze, kilku swetrach, zielonym plaszczu, czapce, szaliku i rekawiczkach.

I czuc sie zaczalem podle.
Nawet bardzo podle.
Naprawde ciezko bylo sie ruszyc, po pewnym czasie zrezygnowalem z odpiania guzikow kiedy grzalo i zapinania kiedy nie grzalo, siedzialem zapiety i kwestia czy mi cieplo czy zimno stracila na znaczeniu. Pozniej juz zupelnie nie moglem sie ruszac, zero kontroli nad rekami czy nogami.
Oddychac coraz trudniej, glowa peka.
Przestalem widziec, pozniej stracilem czucie.
I tak sobie siedzialem, po pewnym czasie bylem swiadomy istnienia mojego mozgu ale reszta ciala nie istniala.

I to byl moment kiedy zdalem sobie sprawe, ze pewnie umre, 1 do 200 statystycznych dosc wyraznie sie prezentowal.
Zaczalem sie zastanawiac co mnie skusilo by sie w takie miejsce wybrac, po kiego? Dlaczego nie pojechalem gdzies gdzie jest cieplej, prosciej i bezpieczniej a zamiast tego w srodku zimy gdzies w gorach w Tybecie ku smierci sie zbilzam.
Pozniej juz tylko rezygnacja.


I wtedy zdarzyl sie cud.

Autobus sie na noc zatrzymal. Kiedy skojarzylem co sie dzieje zdalem sobie sprawe, ze przezyje bo napije sie cos cieplego i przespie kilka godzin. Miejsce na noc to ostatnia osada przed Tangula Pass (z pamieci 5140 mnpm) i sama osada tez chyba kolo piatki powyzej.
Miejsce do spania to byly jakies betonowe jakby bunkry/klocki troche slomy na podlodze i wiadro z zarzacym sie weglem jako ogrzewanie.
Powoli z autobusu wyciagnelismy reszte wspolpodroznikow, okazalo sie, ze pomimo moich powyzej opisanych odczuc to ja akurat bylem w najlepszym stanie, najmniej choroba dotkniety, reszta byla w duzo gorszej kondycji. Skombinowalem termos cieplej wody, napoilem kogo sie dalo, poukladalem ich razem i sam tez spac poszedlem.

W srodku nocy zbudzilem sie i do toalety musialem sie udac.
Toaleta w stylu tybetanskim czyli znajdz sobie miejsce gdzie na stoku w okolicy i problem z glowy.
Spodnie sciagnalem, przykucnelem spojrzalem w gore i mnie zamurowalo.

Ilosc gwiazd na niebie byla oszalamiajaca, doslownie gwiazdza przy gwiezdzie nigdy przedtem nic takiego nie widzialem. Pomimo -35C i golego siedzenia w pozycji narciarskiej spedzilem chyba z 15 minut na niebo w zachwycie sie gapiac. (Pozniej okazalo sie, ze prawie wszyscy to samo z owej nocy pamietaja).

Wstalismy rano, wiekszosc w bardzo kiepskiej kondycji, jakos sie do autobusu zapakowalismy, autobus ruszyl, mnisi tybetanscy wyciagneli z worka kawal suszonego jaka i sniadanie sobie rozpoczeli wszystkich troche czestujac, odwaznych sprobowac bylo niewielu.

Po chwili autobus wjechal na prosta ku Tangula i ostro w gore ruszyl.
Stracilem przytomnosc. 

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
8 lata 11 miesiąc temu #464 przez szopen
Ladnych kilka godzin pozniej przytomnosc odzyskalem i jako, ze autobus zjechal juz sporo nizej samopoczucie zaczelo sie poprawiac. Nie na tyle by podziwiac widoki za oknem ale wystarczajaco by dojrzec wraki ciezarowek i autobusow co jakis czas widoczne w przepasciach wzdluz co trudniejszych zakretow. Droga miejscami bardzo ciezka, ruch moze i niewielki ale predkosc pojazdow szalencza.

Poznym popoludniem dojechalismy do Lhasy. Szybki rekonesans na miejscu i znalezlismy hotel w ktorym mieszkali prawie wszyscy wtedy tam obecni turysci. Snowflake Hotel sie przybytek nazywal i tam tez bez wiekszych problemow sie umiescilismy. Ja, Rob i Pekka w jednym Tomek z kolezanka w drugim pokoju.
Ciut po przejazdzce autobusem skonani spac poszlismy raczej wczesnie.

W nocy nie bylo chyba w pokoju najcieplej bo rano latwo mozna bylo zauwazyc, ze woda w kubku byla w stanie stalym. Nic to, skombinowalismy jakies sniadanie i oficjalnie rozpoczelismy pobyt w Tybecie.

Pierwsze 2-3 dni nic specjalnego nie dalo sie robic bo prawie wszyscy czuli sie raczej cienko i organizmy dalej sie do wysokosci przystosowywaly. Po kilku dniach bylismy w stanie zaczac sie ruszac i okolice zaczelismy zwiedzac.

I w tym momencie zmienimy tryb opowiesci z chronologicznego na opisywanie co ciekawszych spraw.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
8 lata 11 miesiąc temu #470 przez szopen
Roznice na ulicy.
Kilka rzeczy od razu bardzo sie w oczy rzuca po przyjezdzie z glownej czesci Chin.

Stada psow na ulicach, mniejsze, wieksze, z wygladu w wiekszosci bezpanskie, wiele z nich chorych czesto w bardzo kiepskiej kondycji. Noca zdarzaja sie grupy bardzo agresywne, a szczekanie i ujadanie nocna pora nieprzyzwyczajonym do tego ciut sen zakloca.

Ogromna ilosc zebrzacych, co kilka metrow ktos. Zdecydowana wiekszosc to pielgrzymi (do tego jeszcze wroce) ale i "zawodowych" zebrakow tez mnostwo. Grupy bezdomnych dzieci, wyraznie zyjace bez rodzicow, zebrzace i kradnace, bardzo brutalnie traktowane przez miejscowych.

Noze i miecze. Prawie kazdy na ulicy ma przy pasie mniejszy lub wiekszy noz lub kilka, te wieksze spokojnie do kategori miecza mozna zaliczyc. Kobiety rowniez uzbrojone. Pochwy i rekojesci broni pieknie zdobione.

Bardzo etnicznie/plemienno zroznicowani ludzie na ulicy, moze i oficjalnie hurtem do jednej grupy jako Tybetanczycy zaliczeni ale widac roznice pomiedzy nimi. Zdecydowana wiekszosc ubrana w tradycyjne stroje. Przepiekne z pokolenia na pokolenie przekazywane ozdoby, korale, turkus, srebro, zdarzaja sie osoby noszace po ladnych kilka kilo dekoracji. Z tlumu wyraznie wystaja Khampa, wysocy mezczyzni, dlugie wlosy, bardzo misternie  zaplecione poprzetykane czerwonymi ozdobami, najbardziej uzbrojeni i z pewna doza buty/agresji, kiedy ida w kilku ulica inni schodza im z drogi, raczej szaro ubrane kobiety, zawsze w towarzystwie mezczyzn.

W okolicach glownej swiatyni w Lhasie i bazaru dookola owej nie spotka sie nawet jednego Han. Cudzoziemcy witani szerokim usmiechem, otwarta wrogosc wobec Han. Wszedzie zdjecia, portrety Dalaj Lamy, grupy mnichow w swoich czerwonych ubraniach, wszechobecny zapach masla z jakow.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
8 lata 11 miesiąc temu #471 przez szopen
Kulinarnie.

Cienko.
Powody dosc oczywiste, srodek zimy, dach swiata, biedna okolica i bardzo drogi transport.
Oczywiscie pierwszego wieczoru juz skombinowalismy gdzie jest "popularny" bar/restauracja bedacy centrum rozrywki i zywienia turystow i tam wiekszosc wieczorow spedzilismy. Menu turystyczne wiec i "hamburgery" i lokalne kluski, wysilki kuchni w kierunku western food czesto z orginalym konceptem tylko nazwe majace wspolna. W oczy rzuca sie pozycja nr 11 czyli "Dog Pizza" w rzeczywistosci placek z psim miesem. Jak wszedzie w podobnych miejscach na swiecie w owym przybytku najwazniejsza jest atmosfera i otwarcie na szalonych codzoziemcow plus odpowiednia ilosc trunkow. Oprocz piwa w tradycyjnie zielonych butelkach konsumpcja ogromych ilosci lokalnego czang czyli loklanie fermentowanego napitku podawanego w 20 litrowych plastikowych kanistrach i rozliczanego po 2 mao za szklanke wieczory wszystkim umilala (pare dni potrzeba by sie przyzwyczaic).

Poarnne sniadania.
W hotelu byl spory courtyard gdzie dzien turystow rozpoczynal sie od porannej kawy, papierosa itp, oraz snaiadania, dziura w murze za hotelowa brama robila za punkt zaopatrzenia i sprzedawano tam swietny jogurt z jaka oraz  zelazne racje chinskiej armi czyli cos co nazywalo sie Ciastko 501 (albo 505) i bylo mocno sprasowanym blokiem z ciastek, nasion i cukru. Cos co w innych zakatkach Chin ciezko uswiadczyc ale w Tybecie wszechobecne. Po prostu podstawa sniadan.
I takim sniadaniem dzien sie rozpoczynal w okolicach godziny 10 rano moze pol godziny po wschodzie slonca, jedyny sluszny czas pekinski w Chinach dlugich i szerokich uzywany w kawalkach dalej na zachod sporo roznil sie od czasu lokalnie naturalnego.
Powyzej w jednym z pierwszych postow pisalem o zapasach jakie ze soba zabralismy i te poranne spotkania gdzie dzien sie planowalo byly okazja do zaprzyjaznienia sie z co bardziej na czekoladowym glodzie bedacymi... 

 

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
8 lata 11 miesiąc temu #485 przez szopen
Jeszcze troche kulinarnie.

Po kilku dniach stolowania sie w wyzej opisanym przybytku i jedzeniu powiedzmy to niewyszukanych dan czas przyszedl zjesc cos lepszego i poziom knajpy podniesc. Mielismy sporo sera i rozmaitych przypraw wiec szopen przejal kuchnie i krok po kroku pokazal kuchcikom jak robi sie pizze.
Dosc pojetni byli a ze robienie pizzy to nie jest konstrukcja promow kosmicznych tego samego dnia w restauracja wlaczyla pizze do menu.

Wyraz twarzy wchodzacych tam wieczorem turystow kiedy w powietrzu oprocz masla z jaka unosily sie nutki oregano byl bezcenny. Ser i przyprawy sprezentowalismy wlasciclelowi (no dobra wymienilismy na kilka kanistrow czang) i pizza zostala hitem sezonu.

Jezyk z jaka.
Ktoregos wieczoru po calym dniu wloczenia sie po okolicy spora grupa udalismy sie do innej knajpy i tam bardzo rozrywkowo wieczor spedzalismy, im pozniej tym bardziej rozrywkowo, osiagajac bardzo wysoki poziom trzezwosci umyslu. Jak to jest w takich przypadkach glod powrocil i apetyt na cos niezwyklego sie pojawil. Zauwazylem wiszace na hakach brunatnego koloru miesiwo (tam wszelakie dostepne polprodukty tak wlasnie sa prezentowane) o dosc dziwnym ksztalcie i po szybkim zbadaniu sprawy okazalo sie, ze to sa jezyki z jaka. Dokladnie tego nam bylo trzeba i zamowilismy ow specjal. Nawet zjadliwy sie okazal.
Poznym wieczorem spac sie udalismy.

Dlugo nie pospalem, w srodku nocy sensacje sie zaczely i po szybkim spricnie w kierunku toalet okazalo sie, ze nie ja jeden zemste jaka przezywalem, noc spedzona rewelacyjnie w dobrym towarzystwie we wspanialym nastroju i interesujacych konwersacjach, nad ranem nam wszystkim przeszlo.
Tak szczerze mowiac to byl jedyny przypadek kiedy w ciagu wielu lat w Chinach zatrulem sie jedzeniem. 

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
8 lata 11 miesiąc temu #486 przez szopen
Pogoda.
Zimy srodek to byl wiec noce bardzo zimne ale w dzien po wschodzie slonca robilo sie przyjemnie. Z powodu wysokosci dzienne slonce grzalo pieknie. I rano mozna sobie bylo jesc sniadanie siedzac na sloneczku w krotkich spodenkach i podkoszulku kiedy o metr dalej w cieniu bryly lodu nawet topic sie nie zaczynaly. Tak ostre slonce oczywiscie potrafilo solidnie przypalic i jednym z porannych rytualow bylo smarowanie sie kremem przeciwslonecznym. Uwazne i dokladne smarowanie bo chyba pierwszego czy drugiego dnia jeden z nas nie posmarowal tylnej strony uszu i po dniu spedzonym na sloncu piekne bable mu na tych uszach wyrosly. Po kilku dniach na miejscu pachnielismy jak reszta turystow pieknym kokosowym zapachem kremu Coppertone. Zapach ten unosil sie slicznie od kazdego.
Jesli dodam, ze ciepla woda dostepna byla co drugi czy trzeci dzien przez godzine w okolicach poludnia kiedy cala populacja hotelu miala okazje sie wykapac to latwo zrozumiec, ze nos na zapach kokosowy nie reagowal....

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Czas generowania strony: 0.200 s.
Zasilane przez Forum Kunena
FaLang translation system by Faboba