Witam,
Jestem jednym z tłumaczy książki Fenby'ego. Na forum trafiłem dzięki linkowi wrzuconemu w komentarzach do recenzji z portalu gazeta.pl. Pozwolę sobie na sprostowanie kilku rzeczy:
Przyznam na wstępie, że żaden z nas nie jest sinologiem, nie znamy też języka chińskiego. Tekst tłumaczyliśmy jednak z języka angielskiego. Kwestie językowe (ustalanie przyjmowanej pisowni, pinyin czy Wade-Giles, odmieniać zgodnie z zasadami polszczyzny czy zostawić w formie niezmienionej, itd itp), jak również merytoryczne (choćby przytaczane przez Fenby'ego z dużą swobodą fragmenty dawnych dzieł literatury chińskiej) konsultowane były i poprawiane przez ekspertów zapewnionych przez wydawnictwo, przy czym oni również nie zawsze byli pewni "co autor chciał powiedzieć".
No właśnie - dochodzimy do kwestii samego Fenby'ego. Nie wiem, czy zna on chiński - nie wiem też, czy ew. znajomość chińskiego działałaby w tym momencie na jego korzyść, czy też wręcz przeciwnie. Wbrew bowiem wrażeniu, jakie jego biogram może sprawiać, w niezliczonych miejscach książki czytelnik może zbaranieć - autorowi zdarza się bowiem przeczyć samemu sobie. Mamy wklejkę ze zdjęciami. Podpis pod fotografią - chłopi w prowincji Shaanxi. Mamy oddzielnie spis ilustracji. Tam - to samo zdjęcie już jako chłopi w prowincji Shanxi. Bądź tu mądry i pisz książki (historyczne).
Gdy w jednym rozdziale pojawiają się dwie czy trzy postacie o nazwisku np. Zhang, Fenby wymienia ich pełne personalia raz, później zaś każe się domyślać "o którego Zhanga tutaj chodzi".
Następny kwiatek, wyłapany zupełnie przypadkowo, już na samym początku tłumaczenia. Wspomina autor o "chińskim sułtanacie" ze stolicą w mieście Dali, nazywając go "Kingdom of Pacified Souls". Postanawiam sprawdzić, czy może w polskiej literaturze przedmiotu przyjęto już jakąś tego organizmu nazwę. Ale okazuje się, że "Kingdom of Pacified Souls" istnieje tylko w dziele Fenby'ego. Szukam więc dalej, przez nazwę chińską, aż znajduję... "Kingdom of Pacified South". Czyli w którymś momencie ktoś u Fenby'ego walnął się przy przepisywaniu.
To tylko przykład sytuacji, z jakimi przyszło nam się borykać.
Jeszcze jedna rzecz - zarzut dotyczący rejestru językowego. Tak w przypadku przytaczanych anegdotek, jak i we fragmentach par excellence odautorskich, Fenby pozwala sobie na kolokwializmy, a nawet słownictwo po prostu wulgarne. Przydaje to książce "soczystości" i może ułatwić przebrnięcie przez jej kilkaset stron, lecz zarazem może wywołać uzasadnione zastrzeżenia u osób, które sięgnęły po "Chiny" jako po "poważną" pozycję naukową. Podobnie ma się rzecz w kwestii samych anegdotek - gdzie bez większego uzasadnienia (poza chęcią "doprawienia" książki), tuż po dwóch akapitach dotyczących, dajmy na to, gospodarki, autor z lubieżnym uśmieszkiem rzuca szczególikiem z życia tego czy innego chińskiego dostojnika; szczególikiem często natury erotycznej bądź fizjologicznej.
Nie uważam, byśmy byli nieomylni. Z pewnością znajomość chińskiego bądź pełne wykształcenie sinologiczne w momencie rozpoczęcia tłumaczenia ułatwiłyby nam pracę. Sprzeciwiam się natomiast opiniom, jakoby książka Fenby'ego na naszym tłumaczeniu na polski straciła. Pozostaje mi się zgodzić z pojawiającym się w niepochlebnych recenzjach postulatem - przeczytajcie oryginał. Chętnie zapoznam się z Waszymi z lektury wrażeniami. Pomimo wszystkich wymienionych powyżej zarzutów uważam książkę za wartościową (w którejkolwiek z wersji językowych); daje ona kompleksowy obraz Chin, przedstawia ileś charakterystycznych dla tego świata paradoksów, a prawdopodobnie pomocna będzie w zrozumieniu zjawisk, które dopiero w Państwie Środka zajdą.
Jerzy Wołk-Łaniewski