« Odpowiedz #82 : 7 Mar 2009, 21:46 »
Witam wszystkich!
Moje związki z Harbinem maja charakter rodzinny. W Harbinie mieszkała moja babcia i dziadek.
Przez 14 lat mieszkał tam również mój ojciec, zanim nie został wysłany przez matkę do wujostwa , do Polski w 1923-cim roku. Moja babka wróciła do Polski w 1951(?) roku. Wróciła sama, bo dziadek zmarł w czasie epidemii dżumy, jeszcze przed wyjazdem mojego ojca, a jej córka Irena zmarła w obozie japońskim Los Banos na Filipinach w 1945 roku. W 1982 roku mieszkałem w Melbourne, w Australii . W czasie przypadkowej pogawedki z jednym z Polaków osiadłych w Australii wcześniej, dowiedziałem się , że jego korzenie również tkwią w Harbinie. Spytałem się zatem , czy jego matka nie znała osób o moim nazwisku.
Tydzień póżniej dowiedziałem się, że jego matka chodziła do tego samego gimnazjum, do którego uczęszczała moja ciotka. Ale jej siostra Alina (Jadwiga?) Zachowa (z domu Jabłońska) chodziła razem z moją ciotka do tej samej klasy(!). A gdzie jest ta siostra- spytałem? A mieszka w Pradze czeskiej ale czasem przyjeżdża do Australii.
Dwa lata pożniej spotkałem panią Zachową bo przyjechała do siostry. Pokazywaliśmy sobie zdjęcia ciotki i rozmawialiśmy, rozmawialiśmy o Harbinie.
-Pan wie jak umarła Irena-spytała Zachowa?
- Nie , tego nie wiemy.
-Ona przeżyła obóz ale oni byli niezwykle wygłodzeni. Obozy japońskie nie ustępowały przecież niemieckim.
Po wyzwoleniu zjadła zbyt dużo i organizm tego nie wytrzymał.
Pani Zachowa przyjechała do Polski w w 1950 roku.
-Ja beczałam całą drogę- mówi. Przecież Mandżuria to była moja ojczyzna. Dano mi zaraz pracę na wydziale sinologii w Warszawie. Ponieważ jednak znałam japoński , rosyjski , angielski, polski, chiński , to wysłano mnie jako tłumacza do Korei, gdzie trwały rokowania pokojowe. Tam poznałam Zacha, Czecha, mojego przyszłego męża. Wkrótce zamieszkałam w Pradze i poznałam szósty język.
Książka " Polacy w Chinach" powstała w związku z pobytem p. Zachowej w Australii. Ona dużo opowiadała a właściwie ciągle mówiła o Harbinie i różnych zawiłościach politycznych i społecznych , które tam miały miejsce. Opowiedziała to Marianowi Kałuskiemu, mieszkańcowi Melbourne, który nie jest historykiem, a który jej opowiadania przepisał, uzupełnił zdjęciami, dodał coś z " Polaków w Mandżurii" i wydał. Trochę sie to rwie.
Zaleta tej książki jest zapewne - przynajmnie dla mnie - że na jednym ze zdjęć zamieszczonych w książce polskie harcerki w Harbinie a na nim p. Zachowa, i moja ciotka Irena, której nigdy nie spotkałem .
Pani Zachowej już nie ma. Zmarła kilka lat temu . Jej córka, mieszkająca w Pradze jest jedna bardzo związana z Polską. Zna nasz język i była w pewnym momencie sekretarzem ambasady czeskiej w Polsce.
No i tak to jest . Sa spotkania, w które nie do końca się wierzy, że sie mogły wydarzyć.
Pozdrawiam
Jacek
PS
1.Aktualnie moje miejsce zamieszkania: od dwóch lat Gliwice :-)
2. Pani Zachowa wspominała Szczecin . Odwiedzała tamtejszych Harbińczyków.