Jak pewnie nietrudno się domyśleć, wątek założyłem, bo akurat znalazłem się w takiej sytuacji. Od niemal 3 tygodni staram się skontaktować z klientem, który zalega z płatnością. Najbardziej irytujące nie jest to, że nie płaci, bo rozumiem, że może mieć faktyczne problemy z cash flow albo sam nie dostał zapłaty od swoich klientów - najgorszy jest jego sposób traktowania mnie. Nie odbiera telefonów (potem tłumaczy się przez sms, że "prowadził szkolenie", "wyjechał służbowo" itp.), gasi mnie, odbiera, mówi, że oddzwoni za 15 minut, po czym nie dzwoni przez 2 godziny, a kolejne moje telefony gasi. Staram się nie być nachalny i irytujący, nie dzwonię po 50 razy dziennie, a 1-2, zawsze z tym samym skutkiem. Grzecznie proszę smsem o kontakt w wolnej chwili, który nigdy nie następuje, maile bez odpowiedzi, ogólnie bardzo frustrująca sytuacja. A wystarczyłoby szczerze przyznać się do wtopy - "proszę pana, mamy kiepską sytuację finansową, zapłacimy na pewno, ale w przyszłym miesiącu" i byłbym zadowolony.
Na marginesie - dowiedziałem się od znajomych Brytów (obaj informatycy freelancerzy), że to samo dzieje się na wyspach. Tyle, że oni mają na to prosty sposób: biorą zaliczki, potem oddają fragmenty projektu i oczekują zapłaty w ratach, a na koniec pokazują, że projekt jest skończony, ale nie oddają dopóki klient nie zapłaci. Wydaje mi się, że w przypadku tłumaczeń pisemnych możliwe jest pobieranie zaliczki i ewentualne płatności po zakończeniu etapów tłumaczenia (ale tylko w przypadku dużych zleceń). Natomiast przy tłumaczeniach ustnych jedynym bezpiecznym wyjściem byłoby żądanie płatności z góry, na co oczywiście nie pójdzie żaden zleceniodawca. Wygląda na problem bez wyjścia
